Komunikat Komisji Artystycznej XXXIV Międzywojewódzkiego Sejmiku Wiejskich Zespołów Teatralnych w Tarnogrodzie
Sejmik odbył się w dniach 6 – 8 lutego 2009 roku, zgromadził 18 teatrów z 5 województw: lubelskie, małopolskie, mazowieckie, podkarpackie i świętokrzyskie. Prezentacje obserwowała, a także prowadziła z zespołami konsultacje i zajęcia warsztatowe Komisja artystyczna w składzie:
Marian Glinkowski – reżyser
dr Katarzyna Smyk – folklorysta
dr Bożena Suchocka-Kozakiewicz – reżyser
prof. Lech Śliwonik – teatrolog
Poniższy opis spektakli traktujemy jako materiał z jednej strony dokumentacyjny, a z drugiej metodyczny t.j. mogący być wykorzystany przez zespoły w toku dalszych prac teatralnych.
Otworzył Sejmik jego wielokrotny uczestnik – Zespół Obrzędowy z Hańska (woj. lubelskie, pow. włodawski). Tytuł widowiska Narodziny dobrze wyjaśnia jego zwartość: przyszło na świat dziecko i teraz stajemy się świadkiem ożywania w wiejskiej izbie obyczajów i wierzeń związanych z tym ważnym faktem. Młoda matka jeszcze odpoczywa w łóżku, zza zasłony dobiega płacz niemowlaka; główne role sceniczne zatem przypadają wiejskim „specjalistkom” od narodzin, sąsiadkom oraz rodzinie. Odbywają się zwyczajowe działania i zaklęcia – trzeba zasłonić lustro, bo diabeł wejdzie; włożyć kieckę do kołyski – nowonarodzony będzie miał powodzenie. Każda czynność jest objaśniana – dowiadujemy się więc wiele o dawniejszych wierzeniach, a i przesądach. Silną stroną widowiska jest aktorstwo – wykonawcy mają sceniczną naturalność, zwraca uwagę staranność językowa. Wskazawszy co dobre – nie można jednak nie zgłosić istotnego zastrzeżenia. Otóż zespół wziął gotowy scenariusz, który jest swego rodzaju antologią obyczajów i wierzeń „narodzinowych” – autor zebrał je z różnych stron i skleił w całość. I to jest problem – taki zbiór nie występuje w żadnym rejonie, w gruncie rzeczy nie mamy zatem do czynienia z widowiskiem obrzędowym, ale z obrazkiem obyczajowym, komedyjką o narodzinach. Można i tak, nic w tym złego, ale taki charakter spektaklu należałoby widzom wyjaśnić – zwłaszcza gdy zespół ma w nazwie przymiotnik „obrzędowy”.
Działający zaledwie od roku Zespół „Wyrykowiacy” z Wyryk (woj. lubelskie, pow. włodawski) zaprezentował Wieczór wigilijny naszych praojców. Impulsem do powstania grupy i spektaklu były warsztaty organizowane przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Wyrykach w ramach projektu „Chwila z Muzą Teatru”. Przedstawienie rozpoczął obrazek przygotowań do dnia wigilijnego, w których ważną rolę odegrali mężczyźni – zajęci ostrzeniem siekiery i piły, wprowadzali widzów w stan zaciekawienia; okaże się potem, że wybierają się do lasu po choinkę. Następnie zespół pokazał bogactwo zwyczajów wigilijnych, jak na przykład obsypywanie snopa kutią na urodzaj czy tradycyjne, a rzadko notowane formuły słowne. O ile liczba zaprezentowanych rytuałów i wierzeń możne zadowalać, o tyle objaśnianie ich wyłącznie na poziomie treści chrześcijańskich i kościelnych spotkało się ze sprzeciwem Komisji. Zastrzeżenie wzbudziła także organizacja przestrzeni: frontalne ustawienie stołu na środku sceny, powodujące wyłączenie znacznej jej części, poczytać można za błąd debiutu. W scenariuszu jest kilka dłużyzn, które w prosty sposób można ograniczyć, rezygnując na przykład z podobnych w formie zwyczajów przebaczania sobie nawzajem i przekazywania jeden drugiemu opłatka czy chleba. Zastanowić się także warto nad przekonstruowaniem roli najstarszej bohaterki. Jest ona osobą, która zawsze wie i zawsze ma rację, co czyni tę postać jednowymiarową, sztuczną. Jej skłonność do wygłaszania długich umoralniających tyrad, rozbija akcję, nuży jednostajnością. Mocną stroną przedstawienia „Wyrykowiaków” może stać się dwukulturowość zwyczajów i gwara nadbużańska pod warunkiem, że będzie prowadzona konsekwentnie. Widoczna troska o obrzędową wierność, a także zamykająca spektakl prawosławna kolęda rekompensują wskazane niedostatki i dają nadzieję na kolejne, coraz lepsze widowiska Zespołu.
Duży, 35-osobowy zespół Amatorskiego Zespołu Teatralnego z Pruchnika (woj. podkarpackie, pow. jarosławski) przedstawił spektakl Promyk nadziei. Uznanie budzi zamysł ideowy przedsięwzięcia. Oto sceniczne działania mają skłonić do przemyśleń dotyczących naszych relacji z innymi, ze światem; do zbadania ile jest w nas zła i czy można się go pozbyć - stwarza to szansę na to, aby przez zmianę siebie świat czynić lepszym. Patrząc na formę tego scenicznego moralitetu, widzimy przykłady teatru rapsodycznego, teatru ruchu, monologi realizowane w formule teatru faktu czy scenicznego reportażu, połączone z elementami musicalu. Towarzyszy temu muzyka kojarząca się z kompozycjami Piotra Rubika. Jest ona zresztą mocną stroną widowiska. Dlaczego jednak główna idea przedsięwzięcia nie dotyka nas tak mocno, jak to zamierzali twórcy? Co stoi na przeszkodzie?
Otóż organizowanie zadań aktorskich w różnych kierunkach: śpiewu, gestu i ruchu, podawania tekstu – wymaga olbrzymiej pracy - czasochłonnego doskonalenia środków wyrazu. Nie wszystko udało się zrobić. Może należy skrócić spektakl – choćby przez rezygnację z kilku mało przecież scenicznych monologów reportażowych? Zrezygnować z niektórych wyznań grzechów i słabości czynionych aż przez 7 osób? Ograniczyć korzystanie z silnych emocjonalnie znaków (np. krzyż)? Może trzeba popracować jeszcze nad obrazami – przyspieszyć tempo realizacji, dopracować wyrazistość gestu; może zastanowić się nad kształtem użytego znaku plastycznego (kostium, rekwizyt)? Przekonani jesteśmy, że warto przy tym spektaklu jeszcze pracować, bo jest przykładem przeświadczenia, że przez teatralne działania można zmieniać rzeczywistość i w nas, i wokół nas.
Przedstawienie Zespołu „Stokrotki” z Cewkowa (woj. podkarpackie, pow. lubaczowski) zatytułowane Dzień św. Szczepana prezentuje zwyczaje i obrzędy oraz przypomina przysłowia i wróżby wiążące się ze świętami Bożego Narodzenia. Zaczyna się od pobudki przed wschodem słońca i modlitwy porannej. Na podłodze skromnej izby rozrzucona jest słoma, na niej śpią Babka z wnuczkami. Obudzone przez matkę dziewczęta rozpoczynają porządki w domu; Babka „dosypia kapinkę” i wstaje dopiero wtedy, kiedy przychodzi pora wyniesienia rozrzuconej słomy z izby do obory. Dziewczęta przy zbieraniu słomy, wróżą z wyciągniętych źdźbeł, posypują izbę owsem. Później – jeden po drugim – do domu przychodzą połaźnicy, a po niedługim czasie – kolędnicy. Zastanawiające - zabrakło w tym przedstawieniu jednego z podstawowych zwyczajów związanych z dniem św. Szczepana: godzenia parobka. Uwagę zwraca jeszcze jedna nieścisłość: wbrew tradycji połaźnicy pojawiają się tutaj w pojedynkę - jak żebracy z prośbą o jałmużnę – a przecież połaźnicy i kolędnicy odwiedzali chałupy zazwyczaj grupami.
Przedstawienie ma swoje walory i wady. Zwracają uwagę piękne stroje Córek - jasne płócienne spódnice i koszule wyszywane w kwiatowe i zwierzęce wzory. Godna podkreślenia jest również strona wokalna; pięknie brzmi kolęda w wykonaniu całego zespołu. Jednakże - chociaż jest oryginalna i dobrze wykonana - dłuży się niemiłosiernie. Zespół jest liczny , jednak w pamięci zostaje tylko kilka postaci: Matka i Babka, trzy nastoletnie Córki. Reszta zespołu towarzyszy wymienionym bohaterom, wspomagając ich wokalnie lub tworząc wyłącznie tło spektaklu. Na plan pierwszy nazbyt zdecydowanie wysuwa się postać Matki: opowiada, opisuje, poucza i wspomina. W efekcie dominuje nad wszystkim i nad wszystkimi. Brak w tym przedstawieniu mężczyzn, którzy w dzień św. Szczepana wykonywali większość prac w domu i przy obejściu. Szczęśliwie, niedostatek ten został przez autorów umiejętnie usprawiedliwiony w scenariuszu spektaklu.
Zupełnie pusta scena, zza kulis dobiega pieśń i w takiej sytuacji pojawia się duża i barwna grupa kolędników. Jest król Herod, Śmierć i Diabeł, Żyd i są towarzyszący grupie mieszkańcy wsi w regionalnych kostiumach. Anioł zapytuje czy gospodarze – widownia przyjmą kolędników. Widowisko Kolędnicy z Ponidzia Zespołu Pieśni i Tańca „Wiśliczanie” z Wiślicy (woj. świętokrzyskie, pow. buski), jest bardzo piękne – dobrze grane, mówione i śpiewane. Z bogatymi, gustownymi kostiumami – świetnie wyeksponowanymi na niezagraconej (jak to często bywa) scenie. Z dobrym scenariuszem, do którego wprowadzono również postaci charakterystyczne dla lokalnej tradycji, na przykład Turek, Koza. A gdy – po zakończeniu akcji i złożonych życzeniach „na szczęście, na zdrowie” – rozlega się pieśń „za kolędę dziękujemy”, do publiczności wybiegają Diabeł i Śmierć, jak gdyby jeszcze silnie włączając widzów do teatralnej przygody. W tym udanym widowisku warto jednak rozważyć wprowadzenie drobnych korekt – wyważyć proporcje obecności poszczególnych postaci. Wydaje się, że zwłaszcza rola Żyda została nadmiernie wyeksponowana. A w takich przypadkach to aktorzy bawią się swoją grą, a przestaje bawić się widownia. Trzeba o tym pamiętać.
Koło Teatralne Gminnego Ośrodka Kultury z Łukowej (woj. lubelskie, pow. biłgorajski) debiutuje w Sejmikach Wiejskich Zespołów Teatralnych. Imponująca jest liczba członów zespołu, zwraca również uwagę ich młody wiek. Wesele łukowskie to spektakl ciekawy i ładnie zakomponowany. Zupełnie zbyteczny wydaje się jedynie wstęp, w którym Wnuczek zapowiada temat przedstawienia krótką rozmową z Babcią. Zdarzenie to nie ma kontynuacji w późniejszym przebiegu spektaklu, ani w żaden sposób nie wpływa na jego kształt sceniczny.
Młodzi wykonawcy pięknie prezentują się w oryginalnych biłgorajskich kostiumach. Przestrzeń gry jest czysta, wolna od mebli i rekwizytów. Scenografia ogranicza się do jednego długiego stołu umieszczonego z boku sceny. Zabieg ten umożliwia zbudowanie czytelnych i przejrzystych sytuacji scenicznych, a przede wszystkim ułatwia wprowadzenie bardzo licznego zespołu do sceny składania życzeń i podarunków. Autorzy spektaklu dołożyli wszelkich starań, aby zebrać jak najciekawszy materiał wokalny - chodzi tu przede wszystkim o piękne dialogi muzyczne towarzyszące scenom spotkania rodzin Panny Młodej i Pana Młodego. Ponieważ zespół z Łukowej jest młody i jeszcze niedoświadczony, warto zwrócić uwagę ma pewne niedostatki. Ciekawie zapowiadająca się scena dawania talarów domaga się większej pomysłowości i żywiołowości. Blado – na tle innych scen – wypadły oczepiny; są bardzo krótkie i bez wyrazu. Większej pieczołowitości i uwagi wymaga dobór materiału muzycznego, stanowiącego akompaniament do partii tanecznych. Natomiast specjalne wyróżnienie należy się dwojgu wykonawcom: Starościnie i Staroście. Oni stanowili „kręgosłup” widowiska ich aktywność i zaangażowanie trzymały w ryzach całą kompozycję przedstawienia.
Młodzież z Jasiennika Starego (woj. lubelskie, pow. biłgorajski), działająca w Zespole „Jasienniczanie”, pokazała spektakl Krzciny. Taki wybór tematyki zasługuje na uznanie przede wszystkim ze względu na funkcje wychowawcze i kulturowe. Nie ma lepszego sposobu na poznanie, zrozumienie i utożsamienie się z tradycją swojego regionu, jak aktywny udział w jej scenicznej rekonstrukcji. Autorzy scenariusza dołożyli wszelkiej staranności, aby stał się on naprawdę dobrym źródłem wiedzy o jasiennickich zwyczajach i wierzeniach okołonarodzinowych. Na pochwałę zasługuje też fakt, że z wykorzystaniem minimalnych środków teatralnych (acz wyraziście) zarysowano postacie uczestników obrzędu. Prosto i jasno nakreślono akcję, opierając ją na wiarygodnym konflikcie i wzbogacając komizmem. Na scenie umieszczono niezbędne sprzęty, co przyniosło dobry efekt czystości przestrzeni. Spoiwem stało się tempo widowiska, co również jest zasługą uzdolnionych aktorsko członków zespołu. Komisja wskazała konieczność pracy nad gwarą, skoro zespół zdecydował użyć jej na potrzeby przedstawienia. Zasugerowała też przemyślenie rozwiązania sytuacyjnego – skoro młodzi grają starszych od siebie, a często całkiem starych, należałoby teatralnie to uzasadnić. Najpewniejszą drogą rozwoju grupy byłyby poszukiwania i prezentowanie równie widowiskowych i magicznych elementów, jak pokazane w Tarnogrodzie odczynianie uroków czy śpiew tradycyjnej kołysanki.
Pokaz targowania się – oto istota części tradycji weselnych, zwanej Zmówinami. Spektakl pod tym tytułem pokazał Zespół Śpiewaczo-Obrzędowy „Leszczynka” z Grodziska Dolnego (woj. podkarpackie, pow. leżajski). Z dramaturgicznego punktu widzenia, zmówiny są nieciekawe bo niedramatyczne, a prezentowanie ich na scenie – ryzykowne. Może sobie z nimi poradzić tylko doświadczony zespół, właściwie rozbudowując scenariusz o inne elementy i dodatkowe sytuacje. Pod tym względem „Leszczynka” wykazała się pomysłowością, wprowadzając dwu kawalerów, w tym jednego „miastowego”, dla którego ofiarowane z Kaśką dobra są warte o tyle, o ile da się je szybko spieniężyć. To myślenie nie przystaje do tradycyjnego systemu wartości i dalekie jest rodzicom panny, dodajmy – panny z dzieckiem, gdyż ten drobny szczegół to drugi zasadniczy i dobry pomysł zespołu, służący urozmaiceniu akcji i budowaniu napięcia. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że wątki można było wykorzystać lepiej – rozbudować, dookreślić i w scenariuszu oraz inscenizacji poświęcić im więcej uwagi. Parę przykładów: niedoposażona przez scenarzystę pozostała główna bohaterka, Kaśka; podszyte szantażem negocjowanie wiana Kaśki dawało szansę zbudowania sceny bardziej dynamicznej. Prawa teatru podpowiadają też, że jeśli trzy razy pojawia się motyw przeganiania ludzi podsłuchujących zmówiny, to za każdym razem powinno to dziać się w inny sposób. Podniesieniu walorów służyłoby na pewno lepsze pamięciowe opanowanie tekstu. Niewątpliwie jednak grodziskie Zmówiny przypomniały, czym żyła społeczność wiejska i pokazały rzetelny obrazek społeczno-obyczajowy.
Dwa lata temu w Korytkowie Małym (woj. lubelskie, pow. biłgorajski) powstał Zespół Ludowy „Żurawina”, który na tarnogrodzkich deskach zaprezentował widowisko z wezwaniem w tytule: Bądźmy sobie mili przy świętej Wilii. Składa się ono z dwu różnych – również jakościowo – części. Pierwsza opowiada o tradycyjnych przygotowaniach wigilijnych oraz o przemianie, jaka dokonać się może w tym niezwykłym dniu. Otóż jedna z bohaterek ze złej staje się dobrą, łagodną i miłą dla domowników, jak to zaleca tytułowe porzekadło. Być może chęć unaocznienia tej przemiany spowodowała przerysowanie tego fragmentu aż po nienaturalność i utratę wiarygodności. Część ta odznaczała się też nadmiarem słów i „nachyleniem literackim”, co powodowało oddalanie się od tradycyjnych realiów. Wartość tych scen podniosłoby zastąpienie niezróżnicowanego zachwalania kolejnych potraw wigilijnych przypomnieniem ich składu i magicznych właściwości, także zastąpienie znanej powszechnie kolędy Wśród nocnej ciszy kolędą starszą, znaną tylko w okolicach Korytkowa. Tym sposobem powstałby wyrównany scenariusz, pieczołowicie odtwarzający dawne zwyczaje na poziomie, który jest przecież osiągalny przez zespół, o czym świadczą takie niezwykle cenne detale, jak układanie opłatka na dzieży przykrytej płótnem i sianem lub wydobycie zaduszkowego charakteru wigilii. Druga połowa spektaklu była atrakcyjna, żywa i widowiskowa, głównie dzięki pojawieniu się nowych postaci z nową energią. Na scenę weszli połaźnik i herody. Rekonstrukcja pradawnego kolędowania powiodła się, choć trzeba postawić pytanie: do kogo gracie? Wynika ono z nieczytelności, która rodzi się w chwili, gdy kolędnicy prezentują się przed widownią – zamiast przed domownikami, a pogłębia w momencie, gdy rodzina przyłącza się do kolędników. Taki zabieg ma charakter estradowy, kłóci się z konwencją. Z drugiej strony jednak pochwalić należy grę aktorów, bogactwo utrwalonych obyczajów i świetny pomysł zejścia między widzów na końcu widowiska.
Zespół Folklorystyczny „Kowalanki” z Kowalina (woj. lubelskie, pow. kraśnicki) przedstawił widowisko Święty Szczepan. Na środku sceny stół, przy nim siedzi babcia. Wchodzą dzieci i siadają przy niej. Ona opowiada im o Herodzie. Dzieci przytulone do niej słuchają. Zraz przyjdą z kościoła domownicy. To bardzo piękna scena. Do izby wchodzi gospodyni z sąsiadką, potem gospodarz z kandydatem na parobka, za jakiś czas odbędzie się godzenie warunków pracy i zapłaty – bo to przecież dzień najmowania służby.. Pojawiają się także kolędujące kobiety. Rozmowy przy stole toczą się wolno. Elementy humoru wnosi niedosłysząca babcia. Niewiele dowiadujemy się o bohaterach występujących w przedstawieniu. Może w scenariuszu trzeba zamieścić coś, co by przyniosło jakąś wiedzę o nich, o ich kłopotach, zmartwieniach. Może o problemach z sąsiadami? Ważne jest, aby to wszystko co dzieje się na scenie toczyło się szybciej. Należy też znaleźć inne miejsce na scenie dla stołu, który zajmując pół sceny uniemożliwia zorganizowanie ruchu i zwyczajnie zasłania. Przedstawienie zamyka się ładnym epilogiem: wchodzą wnuczęta i siadają koło babci. Ta śpiewa im piękną, starą kolędę „Józefie Stanoszu opiekunie drogi”. To metaforyczny obrazek mówiący o potrzebie przekazywania starej kultury młodym pokoleniom.
W zimowy wieczór z kądzielą w chałupie Bartosów Grupy Obrzędowej „Ożarów” z Ożarowa (woj. świętokrzyskie, pow. opatowski) jest przedstawieniem dobrze skomponowanym i równie dobrze zagranym. Bardzo ładna jest kompozycja scenariusza, ciekawie zagospodarowana została przestrzeń, pieczołowicie przygotowana scenografia. Na scenie pojawia się imponująca liczba oryginalnych rekwizytów związanych z przędzeniem wełny i lnu. Zadziwiają ich różnorodność i kształty. Spotkanie przy kądzieli w domu Bartosów posłużyło za pretekst do opowiedzenia o życiu codziennym mieszkańców wsi, a także stało się okazją do prezentacji sytuacji, które zdarzały się (lub mogły się zdarzyć) w zimowy wieczór na wsi opatowskiej - takich, jak na przykład znachorskie praktyki wypędzania choroby rozżarzonymi węglami. Spektakl jest teatrem opowieści, charakteryzującym się wielowątkowością i bogactwem szczegółów. Każda z postaci snuje własne opowiadanie lub dzieli się z pozostałymi zasłyszaną anegdotą. Jedyną wątpliwość można zawrzeć w pytaniu - czy wszystkie prezentowane opowieści warto włączać do scenariusza - a przynajmniej - czy muszą tak długo trwać? Niektóre monologi można było z powodzeniem zastąpić partiami śpiewanymi, których w spektaklu – mimo dużej urody wokalu – jest niewiele. Wykonawcy prowadzą swoje role swobodnie, odważnie, naturalnie, niekiedy wręcz żywiołowo. Podkreślić należy pojawienie się indywidualnego tonu poszczególnych postaci, a nawet osobowości aktorskich. Na szczególne wyróżnienie zasługuje postać pijanego Parobka. Wykonawca poprzez słowny i sytuacyjny humor wprowadza na scenę spontaniczną zabawę, rubaszność i śmiech, nigdy nie przekraczając granicy dobrego smaku.
Zespół „Załuczanie” z Załucza Starego (woj. lubelskie, pow. włodawski) wystąpił z widowiskiem pod tytułem Pierzaki. Na scenie dwaj mężczyźni rozmawiają o kobietach i piją wódkę. Wchodzi gospodyni i wysyła męża po drewno. Ten przynosi je, ale trzeba jeszcze przygotować balię. Za chwilę przyjdą sąsiadki skubać pierze. Wchodzą kobiety – każda z sitem. Siadają do pracy. Rozmawiają o bliźnich, trochę plotkują, piją herbatę, a jedna z kobiet prosi by dolać do niej wódki. Śpiewają: „Moja matka kurę dała, żebym w środku tańcowała”. Przychodzą mężczyźni – wszyscy siadają do stołu. Słyszymy uwagi: „Więcej teraz zazdrości, niż życzliwości”, „Trzeba sobie pomagać”, itp. Z toczonych przy stole rozmów dowiadujemy się czym żyją ludzie, jakie mają kłopoty. Nie brakuje też humoru: przytaczana jest opowieści, jak to na zadane pytanie „Czy ten dach stodoły zawsze przecieka?”, gospodarz odpowiedział, że „Tylko wtedy, kiedy deszcz pada”. Zaczynają się tańce, a później mówi się o różnych niezwykłych zdarzeniach. Tutaj trzeba zadać pytanie czy przywoływać wszystkie stare opowieści? Na przykład czy warta tego jest opowieść o chłopie, który jadł ziemniaki z karaluchami, bo myślał, że to skwarki. Albo setki razy wykorzystywana „mądrość”, że w polskim piekle nie trzeba diabłów przy kotle.
Przedstawienie jest atrakcyjne, ma dobre tempo, ale wymaga wyczyszczenia scenariusza. Należy wykreślić rzeczy mało ważne i nieurodziwe. Pomyśleć głębiej o warstwie muzycznej, poszukać pieśni z własnego regionu. No i wreszcie – lepiej opanować tekst.
Zgodnie z wpisaną w nazwę specjalnością – Zespół Kolędniczy – grupa z Ujeznej (woj. podkarpackie, pow. przeworski) przedstawiła Kolędę z rajem. Zapowiedzeni przez herodowego Marszałka, wchodzą na scenę osoby widowiska, wśród nich Trzej Królowie, Diabeł, Żyd i oczywiście sam król. Najpierw jednak przedstawiony zostaje Raj, a raczej epizod wypędzenia Adama i Ewy. Teraz scenę zajmuje dwór Heroda – postaci prawdziwie królewskiej: o potężnej posturze, z niezwykłym silnym głosem, w bogatych szatach. Zresztą staranność o kostium jest zauważalną cechą całego obrazu scenicznego. Wykonawcy – co widać – mają niemałe doświadczenie teatralne, zadania wykonują sprawnie i czysto. Zdarzenia toczą się wartko. Niestety, nie zawsze – i to trzeba poprawić. Przykładem następujący fragment: słyszymy (dość długo) głos Żyda zza kulis, potem postać pojawia się na scenie, później toczy się jej interakcja z Dziadem, wreszcie obie postaci zostają na proscenium. W ten sposób zachwianiu ulegają proporcje – niektóre osoby zyskuje nadmierną ważność, słabnie dynamika akcji. Druga uwaga odnosi się do ważnej sceny – rozpaczy Heroda na wieść o śmierci syna: tu za dużo jest krzyku, a przydałoby się ściszenie głosu, nawet chwila milczenia. Drobne uchybienia znajdują jednak rekompensatę w ogólnym poziomie wykonania, dobrym śpiewie, dobrym rozplanowaniu przestrzeni gry.
Wieczerza wigilijna Zespołu „Łaguszowianki” z Łaguszowa (woj. mazowieckie, pow. zwoleński) to spektakl grupy o długoletnim stażu i wielkim doświadczeniu, co widać na wielu płaszczyznach. Z punktu widzenia folklorysty, na pochwałę zasługuje dbałość o gwarę, autentyczność strojów, obfitość wartościowych opowieści, objaśnień znaczenia świątecznych atrybutów (np. ozdób choinkowych czy ilości potraw) i działań (jak np. obwiązywania drzew). Całości dopełnia trafny wybór cennych kulturowo kolęd – najstarszych, coraz rzadziej spotykanych, a wykonanych – co godzi się podkreślić – na mistrzowskim poziomie. Obycie na scenie, jej wyczucie potwierdziły też ładnie poprowadzone role gospodarza i gospodyni. Choć w tym obszernym spektaklu Zespół nie uniknął dłużyzn, to zapewnił widowiskowość, dzięki takim zabiegom, jak popisowo żywiołowa zabawa w słomie czy atmosfera wspólnoty z widzami osiągnięta przez właściwe ustawienie stołu i usadzenie za nim świętującej rodziny. Wieczerza wigilijna, będąca spoiwem spektaklu, zjednoczyła ludzi w atmosferze życzliwości, a ta aura udzieliła się też widzom. Kolację poprzedza przygotowanie izby, stołu i schodzenie się gości. Dużą sztuką jest zachowanie w tej fazie spektaklu uporządkowania i dobrego tempa. Zdaniem Komisji, „Łaguszowianki” stanęły na wysokości zadania, chaos przeobrażając w naturalną żywiołowość sytuacji, w której każdy ma prawo mówić, śpiewać, siadać lub wstawać, jak to przecież zdarza się w życiu, gdy spotykają się bliscy sobie ludzie.
Zrękowiny Zespołu Obrzędowego z Godziszowa (woj. lubelskie, pow. janowski) to obrazek dramatyczny, oparty ma przedweselnym zwyczaju zabiegania chłopaka o rękę dziewczyny i dogadywania przez rodziców materialnych zobowiązań wynikających z małżeństwa. W tej realizacji to drugie (dogadywanie) wychodzi na plan pierwszy. W efekcie mamy do czynienia ze swoistym targiem. W biednej rodzinie na wydanie czekają dwie córki. Kaśka ma chłopaka, ale jej Jakub jest biedny i to powoduje główną perypetię. Oto ojciec Kaśki na targu domówił się z kolegą, że za jego syna wyda swoją córkę. I nic nie znaczy, że kandydat na żonkosia ma już swoje lata. A co z Jakubem? Ożeni się z Zosią, czyli drugą córką – orzeka ojciec. Przyjeżdża kandydat Stach z ojcem, zaczyna się targowanie o morgi, o dobytek. Pojawia się butelka. Stach trochę nieporadnie zaleca się do Kaśki. Niby wszystko zmierza w stronę oczekiwanego finału, ale teraz zaczyna skutkować intryga zawiązana przez koleżankę Kasi oraz Jakuba. Małym kłamstwem Stach zostaje wywołany na podwórko, a tam już czekają na niego „miejscowi”. Poturbowany, zabiera ojca i jadą do domu. Obrazek nieskomplikowany i trochę moralnie ryzykowny. Na szczęście został dobrze zagrany, uniknięto kuszącego w takich spektaklach przerysowania postaci. Zwłaszcza rola Stacha wyróżnia się umiarem; dobre są postacie Babki i obu sióstr. Oczywiście, nic to nie ma wspólnego z obrzędem. A gdyby zespół chciał nadal się mierzyć z takim repertuarem, powinien koniecznie szukać ambitniejszych tekstów.
Zespół Folklorystyczny „Gotardowie” ze Zwolenia (woj. mazowieckie, pow. zwoleński) pokazał widowisko pod tytułem Gromniczna. Na stole nakrytym białym obrusem stoi płonąca gromnica. Za stołem siedzą stare kobiety, dzieci i młodzież. Nieco w głębi, na ławie dziewczyna-skrzypaczka. Śpiewają i opowiadają różne straszne historie, na przykład o tym jak chłopa w lesie opadły wilki, a on ocalał, bo uciął sobie palce, a krew tryskająca na atakujące zwierzęta, spowodowała wzajemne zagryzanie się wilków. Wygłaszane są różne porzekadła i przekonania, np. „Gromnica zgaśnie – nieszczęście gotowe”. Następuje jeszcze jedna historia o wilkach, które zaatakowały chłopa z synem w lesie. Musiał on spalić całe zrąbane drewno, a nawet sanie, aby przetrwać do rana. Okazuje się, że wilki podchodzą pod dom, w którym to wszystko dzieje się. Potem słuchamy pięknej opowieści jak to Matka Boska ocaliła wilczka, a teraz on chodzi przed nią, świeci oczami i oświetla jej drogę. Na końcu zebrani wychodzą do kościoła, a na scenie zostaje babcia z wnuczkiem i wspólnie śpiewają kolędy. Poszczególne opowieści jakoś nie kleją się w skomponowaną całość. Za dużo też w tym wszystkim grozy i krwi. Wiadomo, że „Gromniczna” to okazja do snucia opowieści również o śmierci, ale nagromadzenie ich w takich ilościach jak w spektaklu, powoduje przygnębienie a potem zniecierpliwienie. Należałoby całość wyposażyć również w opowieści nieco sympatyczniejsze.
Bawiące się na scenie dzieci trzeba włączyć w sceniczne dzianie się, również mało obecną w akcji skrzypaczkę; dzieci i dziewczyna powinny dostać bardziej rozbudowane zadania aktorskie. Warto także spróbować znaleźć trochę domowego ciepła, bo przecież rzecz dzieje się „u siebie”, a aktorzy zachowują się jakby przyszli w obce miejsce.
Zespół Obrzędowy „Blinowianki” z Blinowa (woj. lubelskie, pow. kraśnicki) przyjechał z przedstawieniem Wilijo Blinosko. Jest to najstarszy zespół przeglądu – pracuje już 38 lat. Na scenie widzimy długi stół nakryty obrusem. Matka z córką ubiera choinkę. Gospodarz wnosi słomę i snopek – „króla”. Stawia go pod choinką. Mówi, że „Wiliją należy robić, żeby było co robić przez cały rok”. Słoma jest rozścielana z przodu sceny. Przychodzą goście z dobrymi życzeniami. Słyszymy uwagę, że w wiliją chłopy do izby wchodzą pierwsi. Wszyscy po wstępnych uprzejmościach klękają i modlą się: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario”. Potem dzielą się opłatkiem, siadają i jedzą potrawy stojące w misach na stole. Każdy przyniesioną z sobą łyżką. Słyszymy kolędy, porzekadła i opowieści. Dowiadujemy się, że „Chłopa chwali się po śmierci”, a jeden z gości opowiada, że w dzieciństwie słyszał mówiące zwierzęta. Na koniec wszyscy śpiewają kolędę i wychodzą do kościoła.
Przedstawienie wyraźnie dzieli się na dwie części. Pierwsza przed siadaniem do stołu jest słabsza. Akcja toczy się wolno – niewiele dzieje się na scenie. Tę należy trochę wzbogacić jakimiś opowieściami, przyspieszyć akcję. Druga – przy stole jest wartka, weselsza i mocniej zatrzymuje uwagę widzów. Wydaje się, że tekstami należałoby obdzielić aktorów bardziej równomiernie, bo jedni mówią za dużo, inni prawie wcale. W sumie jednak przedstawienie jest wyraziste i mimo mankamentów zostaje w pamięci.
Zespół „Niecieczanie” z Niecieczy (woj. małopolskie, pow. tarnowski) podjął bardzo ambitną próbę zmierzenia się z dramatem Moliera. W rezultacie zobaczyliśmy Świętoszka, a dokładniej - trzy akty z tej sztuki. Pierwsze dwa zostały w pokazie pominięte - nie ma zatem ekspozycji postaci, ani też wprowadzenia w intrygę. Rozpoczęcie przedstawienia od kluczowych scen aktu III wprowadza chaos i skutkuje brakiem zainteresowania ze strony widowni, bo trudno zżyć się z postaciami, nie znając wiodącego tematu sztuki i intencji jej bohaterów.
Spektakl odznacza się dużą dbałością o scenografię, kostiumy i rekwizyty. Jednakże szczegół zabija pierwsze dobre wrażenie: spod pończoch bohaterów spektaklu widać skarpetki, a i obuwie pojawiających się postaci jest na wskroś współczesne. Kompozycja poszczególnych scen jest nazbyt jednostajna – rozmawiające ze sobą pary albo siedzą przy stoliku, albo stoją, albo przechadzają się po proscenium. Twórcy spektaklu nie postawili aktorom konkretnych zadań aktorskich, przez to wszyscy brzmią jednakowo, a bohaterowie pozbawieni są cech charakterystycznych. Interesująco zaprojektowana przestrzeń (przykładem umieszczenie z tyłu sceny podestu wydzielającego dodatkowe miejsce do grania) nie została wzięta pod uwagę przy rozwiązywaniu sytuacji scenicznych. Najsłabszym punktem okazało się jednak opanowanie tekstu. Aktorzy zdają się być skupieni jedynie na przypominaniu (zwykle z pomocą suflera) słów, które powinny paść z ust ich bohaterów, by pchnąć akcję do przodu. W sumie wydaje się, że propozycja teatralna zespołu z Niecieczy została przygotowana w nadmiernym pośpiechu. Zabrakło czasu nie tylko na pamięciowe opanowanie tekstu, ale również na właściwe ukształtowanie postaci i nadanie im indywidualnych cech. Sztuka historyczna – o tym trzeba pamiętać - stawia też przed wykonawcami mnóstwo dodatkowych wyzwań, zwłaszcza studiów nad stylem i formą ruchu scenicznego. Gdyby wykonawcy o tym pamiętali być może byliby bardziej oszczędni w okazywaniu emocji i uczuć oraz użyciu gestu.
Zespołowi teatralnemu towarzyszy specyficzny kwartet muzyczny w składzie: gitara klasyczna, skrzypce, gitara elektryczna i key-board. Muzyka pojawia się przed rozpoczęciem spektaklu i w przerwach między aktami. Szkoda, że tak rzadko, bo jest sympatycznym i ożywczym elementem tego spektaklu.
*
Jak co roku Komisja przeprowadziła długie spotkania z zespołami. Tym razem w pracach komisji po raz pierwszy brała udział dr Katarzyna Smyk, której przypadło zadanie obserwacji oraz analizy „folklorystycznej” strony spektakli. Pomyśleliśmy, że takie „świeże spojrzenie” może być ciekawe nie tylko dla nas – współpartnerów ale i dla zespołów. Dlatego następny akapit jest zapisem opinii Pani Smyk – z którą zresztą w pełni zgadzają się pozostali członkowie Komisji.
Większość prezentowanych na Sejmiku widowisk powstała na styku teatru i obrzędu. Czerpią w tych dwu materii, których pogodzenie jest bardzo trudne, jak to pogodzenie przeciwieństw, ale przecież możliwe. Wymaga ono nieustannego „negocjowania” między rygorami sztuki teatru, operującej umownością, a imperatywem dosłowności i potrzebą najwierniejszego pokazania każdego obrzędowego detalu. Negocjujmy, ustępując pola prawom teatru, skoro taką formę wyrazu wybraliśmy, ale dbajmy o istotę tego, co tradycyjne i to zachowujmy. A naprawdę istotne jest to, co lokalne, bliskie, Wasze, niepowtarzalne i najstarsze. To warto przenieść w przyszłość. Dziękujemy zespołom za to, że odważnie zmierzyły się z zadaniem godzenia przeciwieństw i w prezentowanych widowiskach wykreowały swój idealny świat. Pierwszoplanowe są w nim takie wartości, jak rodzina, wspólnota, bezpośredni przekaz tego, co dawne oraz potrzeba kontaktu z Bogiem i sferą Sacrum, których siła nieustająco wspiera człowieka i jego świat. Zwyczaje odchodzą, wartości trwają. Tylko doskonaląc się w sztuce teatru, możemy nadać należną im formę wyrazu.
Odnotowując to co dobre i sympatyczne, nie możemy pominąć tego co budzi niepokój, stawia wobec nowych pytań. W tym roku po raz pierwszy nie pożegnaliśmy się na zakończenie Sejmiku – z 18 występujących zespołów zostało ledwie kilkanaście osób i byłoby bezsensem organizowanie spotkania, wchodzenie na scenę, dziękowanie tym, którzy na to zasłużyli. To był przykry moment dla gospodarzy. Sejmik musi mieć swój charakter, swój klimat – nie może być tylko miejscem występów, ale także a nawet przede wszystkim miejscem spotkania, rozmowy, poznawania pracy innych. Jeśli tego zabraknie – nie będzie warto czynić wielkich wysiłków organizacyjnych i finansowych, by zespoły „gościnnie” zawitały na kilka godzin do Tarnogrodu. Niech znowu będzie „po staremu” – zespoły będą grały w swoim domu i u sąsiadów, a o teatrze wiejskim znów będzie cicho. Pomyślmy o tym.
A teraz powróćmy do tradycyjnego scenariusza komunikatu, dopiszmy ostatnie zdania. Komisja Artystyczna z uznaniem podkreśla dobry poziom widowisk i składa podziękowanie kierownikom zespołów oraz reżyserom i zespołom. Dziękujemy również władzom Tarnogrodu, z Panem Burmistrzem Eugeniuszem Stróżem za ciepłe przyjęcie gromady uczestników oraz materialne wsparcie imprezy. Ukłon kierujemy w stronę dyrekcji i pracowników Tarnogrodzkiego Ośrodka Kultury – dzięki Wam sejmik ma swój niepowtarzalny klimat i budzącą podziw sprawność organizacyjną.
K o m i s j a
Tarnogród, dnia 8 lutego 2009 r.
| « poprzednia |
|---|



