Komunikat Komisji Artystycznej XXXIII Międzywojewódzkiego Sejmiku Wiejskich Zespołów Teatralnych w Tarnogrodzie
18 teatrów z 4 województw (małopolskie, mazowieckie, podkarpackie i lubelskie) zaprezentowało się w Tarnogrodzie,
w dniach 1 – 3 lutego 2008 r., na kolejnym sejmiku.
Wystawione spektakle oglądała Komisja w składzie:
Marian Glinkowski
Antoni Śledziewski
Lech Śliwonik – przewodniczący
Edward Wojtaszek
która przeprowadziła warsztatowe konsultacje z uczestnikami i która najważniejsze opinie i spostrzeżenia zapisuje w tym komunikacie.
Rózgowiny, czyli wicie rózgi weselnej w wieczór poprzedzający właściwe wesele nazywane jest również „rozplecinami”, „dziewiczym wieczorem”, na Podhalu „obigrowką”. Tym razem zobaczyliśmy obrzęd w wykonaniu Zespołu Obrzędowego „Janowiacy” z Janowa Lubelskiego (woj. lubelskie, pow. janowski). Jest to widowisko interesujące i starannie odtwarzające dwie istotne części weselnego zdarzenia: tytułowe wicie rózgi weselnej a także wianka da panny młodej i wianuszków (kokardek) dla druhen i drużbów oraz kończącą wieczór zabawę taneczną – w pewien sposób pożegnalną, z koleżankami i kolegami nowożeńców. Wprawdzie można by pogłębić obrzędowość o inne jeszcze elementy, ale to, co zostało wybrane było wykonane poprawnie. Umiejętnym wzbogaceniem jest również pokazanie zawartości kufra, przez co zasygnalizowano bogatą wyprawę panny młodej. Godne podkreślenia jest wprowadzenie pieśni weselnych dostosowanych do tego wieczoru oraz przypomnienie symboliki weselnej i wianków m.in. poprzez kilkakrotne obchodzenie z nimi stołu. Widowisko zakończono – zgodnie z tradycją – przyjściem grupy pana młodego z muzyką i wspólną zabawą taneczną. Gdy dodać wielką staranność w wypowiadaniu tekstów, wartki dialog, dobrze zarysowane postaci, urodę wykonanej na scenie rózgi oraz wianków – z przekonaniem można ocenić występ jako ze wszech miar udany.
Amatorski Zespół Teatralny z Wierzawic (woj. podkarpackie, pow. leżajski) przygotował przedstawienie zatytułowane Żyd swatem. Absolwentka warszawskiej pensji mieszka u ciotki i narzeka na swój los. A to pokrowce z mebli trzeba pozdejmować, to znowu coś trzeba wyprać. Maryna – bo tak ma na imię panna – wspomina dawne czasy, a ciotka zgłasza do niej różne pretensje. Przychodzi Żyd Jankiel z ważnymi handlowymi propozycjami, a przy okazji za godziwą opłatą zgadza się przyprowadzić męża dla Maryny, chociaż ona, jak się okazuje kocha Stasia. Zdarzenia, które obserwujemy, toczą się wolno, zbyt wolno. Jako widzowie powinniśmy być zadowoleni, a nie jesteśmy. Wydaje się, że sięgnięcie po stary, mocno przykurzony tekst było decyzją ryzykowną. Niedostatki literackie i dramaturgiczne tego utworu nie pozwoliły na zbudowanie żywego widowiska. Ale też inscenizatorzy nie są bez winy. Zbyt wiele scen pozbawiono ruchu. Aktorzy nie mają w nich zadań. Dialogi bohaterów toczą się „na stojaka”. W efekcie przedstawienie miejscami zatrzymuje się. Szkoda bo zespół od czasu do czasu pokazuje „lwi pazur”. Szczególnie podoba się rola Gospodyni – ciotki Maryny. Zalecamy większy namysł przy decyzjach repertuarowych i dbałość o zbudowanie ciekawych zadań aktorskich.
Zespół „Kowalanki” z Kowalina (woj. lubelskie, pow. kraśnicki) pokazał widowisko Wigilia Nowego Roku. Po wierszowanym wprowadzeniu w przedstawienie rozsuwa się kurtyna i na scenie widzimy chłopską izbę. Kobiety szykują wieczerzę. Mężczyźni kręcą się i zaglądają do garnków. Toczą się rozmowy, a w nich pojawiają się złote myśli: „Wdowiec też chłop”, „Jak do izby wejdzie baba cały rok dziurawy” i inne. Schodzą się goście. Potem pojawiają się kolędnicy. Wpada kobieta – szuka Wincentowej, żeby ta uratowała chorą krowę. Wincentowa wychodzi. Przychodzi Sołtys i składa wierszowane życzenia. Wincentowa wraca z dobrą wiadomością – krowa wyzdrowiała. Na koniec wszyscy śpiewają – składają sobie życzenia na Nowy Rok. Przedstawieniu przydałoby się szybsze tempo, a aktorzy powinni się częściej uśmiechać. Zbyt wiele jest powagi i zatroskanych min. Powinni także – to jeszcze ważniejsze – utrzymywać ze sobą stały kontakt: fizyczny, wzrokowy. Zwłaszcza w dialogach, które muszą przypominać rozmowę (dla nas scena równa się izba), a nie osobno wygłaszane kwestie. Również do siebie trzeba zwracać się, śpiewając pieśń finałową – ciągle bowiem jesteśmy w domu, między swymi. Poprawki są konieczne, bo całość pracy dowodzi, że zespół poważnie traktuje zadanie przywołanie dawnych zwyczajów.
Zespół Sendłaki Fundacji Kresy 2000 z Nadrzecza (woj. lubelskie, pow. biłgorajski) wystąpił z widowiskiem Jasełka 2007. Było to przedstawienie uderzające w pierwszym rzędzie swoją siłą, błyskotliwą energią i wspaniałym współistnieniem na scenie dość licznego i zróżnicowanego wiekowo zespołu. Z przyjemnością obserwować można było zabawę, jaka stała się udziałem wykonawców, a dzięki nim i publiczności. Zgodnie z tytułem mieliśmy do czynienia z widowiskiem, którego akcja i tekst związane są z wydarzeniami w Betlejem sprzed dwu tysięcy lat, ale podniosłość tematu miesza się z lekkością wykonania, zabarwionego humorem, zaś autorzy – jak każe jasełkowa tradycja – przeplatają opowieść o stajence, Herodzie, aniołach, diabłach i pasterzach aluzjami do współczesności i do miejsca występu. Godne podkreślenia są rytm, dbałość o wyrazistość mowy, strona muzyczna i plastyczna spektaklu. Współgranie tych elementów, jak również umiejętne wykorzystanie przestrzeni całej sali widowiskowej i sceny oraz operowanie wieloma planami, stworzyły konstrukcję, która pozwoliła wykonawcom pokazać się od najlepszej strony. Należy również podkreślić bardzo umiejętne poprowadzenie zespołu przez panią reżyser Alicję Jachiewicz-Szmidt pod kątem dynamiki i stylu gry. Jedyną sprawą do przemyślenia są niektóre teksty (drobne) - te czerpiące z aktualności zbyt wprost albo cytujące media bez dowcipnego przetworzenia, jak udało się to w większości pozostałych wypadków.
Stół, ławy, kuchnia – skromna wiejska izba. Niemłoda gospodyni kończy modlitwę i oznajmia, że zaraz zejda się sąsiadki „na deńki”, czyli na babskie gadanie przy domowych robotach. Pojawia się pierwsza sąsiadka z wrzecionem. Ktoś tu idzie, jakaś cudza, w berecie – mówi do gospodyni. I rzeczywiście: wchodzi z miejska ubrana kobieta i wyjaśnia, że ona stąd pochodzi ale dawno wyjechała, że ojciec był konduktorem, a brat uczy się „na lekarza”. Teraz pracuje w nadleśnictwie i przyjechała na inspekcję. I oto niespodzianka. Nagle okazuje się, ze nieznajoma to wcale nie nieznajoma, że gospodyni to jej stryjenka. Robi się dziwnie, a przede wszystkim – nieprawdziwie. Po co było to udawanie? Julcia (to imię przybyłej) wychodzi. W izbie pojawiają się jeszcze dwie kumy, będą obszywać serwety. I gadać. Zaraz robi się ciekawie – rozmowy są naturalne (o chłopie, co w karczmie siedzi, o domowych sporach), opowieści i wspomnienia – barwne i dowcipne: o swataniu, o wyborach męża, o kawalerach. Niestety, znowu wchodzi Julcia. Niby nawiązuje rozmowę, ale taka ona sztuczna jak zachowanie kobiety (długo siedzi w płaszczu, zadaje pytania na poziomie dzieciaka). „Miejscowe” ratują sytuację – dialogują, intonują pieśń. Uratować spektaklu jednak nie mogą: jest pęknięty, a świat w nim pokazany – sztuczny. Koniecznie trzeba coś z postacią Julci zrobić. Bo szkoda umiejętności Zespołu „Nadbużański Klon Zielony” z Zanowinia (woj. lubelskie, pow. chełmski) i szkoda dobrych fragmentów przedstawienia Deńki.
Zespół „Teosinki” z Teosina (woj. lubelskie, pow. chełmski) wystąpił z widowiskiem zatytułowanym Co chciałaś, to dostałaś. Obserwujemy taką oto sytuację: młoda chłopka została żoną panicza, ale przychodzi z dzieckiem do matki bo czuje się samotna. Mąż zbyt często zostawia ją samą. Jakiś rodzinny dramat wisi w powietrzu. A tymczasem obserwujemy rodzajowe obrazki, kiedy to Żyd Jankiel – obwoźny handlarz, przynosi do izby towar i namawia Gospodynię do kupna majtek. Ta mówi, że całe życie obywała się bez nich. Dziecko jej córki wciąż płacze. „Płacze, bo żywe” – mówi Gospodyni. Słyszymy śpiewania-przestrogi: „na kapuście drobne liście, nie daj buzi organiście, organista zapisuje, ile razy pocałuje”. Dowiadujemy się też, że aby odczynić urok, trzeba pochylić się i między nogami świat zobaczyć. Mają miejsce rozmowy na różne tematy, jest też picie wódki. Ten sceniczny obrazek wzbudza zainteresowanie. Zawiera wiele obserwacji, dotyczących dawnych zwyczajów i ludzkich zachowań. Spektakl mógłby stać się jeszcze lepszy, trzeba jednak podjąć decyzję co jest głównym tematem przedstawienia i lepiej to wyeksponować.
Kiszenie kapusty przygotował Zespół „Załuczanie” ze Starego Załucza (woj. lubelskie, pow. włodawski). Zespoły wiejskie podejmują ten temat często, choć jest trudny do uscenicznienia (brak w nim struktury dramaturgicznej). Tutaj został potraktowany interesująco dzięki dokładnemu i starannemu odtworzeniu kilku istotnych dla tego zwyczaju czynności i zachowań. Na przykład dokładne i wyraźne sytuacyjnie na scenie było wyparzanie beczki rozgrzanym kamieniem, staranne wycieranie jej czystą białą ścierką i żegnanie beczki przed wkładaniem kapusty, dokładanie liści chrzanu, jabłek, kopru, kminku i czosnku. Poprzez te czynności, została przekazana prawdziwa wiedza o dawnym kiszeniu kapusty. Nawet mycie nóg i deptanie kapusty odbywało się prawie dostojnie, choć często z tej sytuacji robi się dzisiaj element rozrywkowo-komiczny. Samo kiszenie zostało teatralnie wzbogacone o dodatkowy element fabularny – swatanie jednej z kobiet uczestniczących we wspólnej pracy. Doceniając stronę obrzędową, nie można nie zwrócić uwagi na pewne mankamenty teatralne widowiska. Przede wszystkim na wady konstrukcyjne – za dużo jest „pustych miejsc” – długich odcinków czasowych, w których dosłownie nic się nie dzieje. Niedobre jest też zakończenie: wykonawcy, niby zespół estradowy, stoją frontem do widzów i śpiewają piosenkę całkiem nie związaną z tematem. Ginie sens widowiska – wiele wysiłku włożono, by pokazać prawdziwą pracę, a na końcu okazuje się, że to tylko występ. Szkoda rozbicia atmosfery.
Zespół Jarzębina Czerwona z Rudy Huty (woj. lubelskie, pow. chełmski) przygotował przedstawienie Parobek. Jest to udramatyzowana opowieść o nieporozumieniu w wiejskiej chacie: gospodarzom wydawało się, że zniknął parobek razem ze sporymi zapasami żywności. Zdarzenie jest na tyle wstrząsające, że rozmawiają o tym w trakcie jedzenia, potem z sąsiadką, która przychodzi z wizytą, a wreszcie przy skubaniu pierza. Gospodarz bierze pieniądze i udaje się na poszukiwanie nowego parobka. Tymczasem ten zaginiony odnajduje się, a podejrzenie o kradzież żywności również okazuje się fałszywe, bo parobek jest człowiekiem zapobiegliwym i skrzętnie schował jedzenie, żeby żadne stworzenia się do niego nie dobrały. Niełatwo jest mu opowiedzieć, jak rzeczy się mają, bo gospodyni nie dopuszcza go do głosu piorąc po gębie przy każdej jego próbie wydobycia z siebie głosu. Na koniec zjawia się gospodarz mocno pijaniutki i w towarzystwie Marysi sierotki, którą przyprowadził zamiast nowego parobka. Wszystko kończy się posiłkiem, wódeczką i śpiewem. Nie można więc narzekać na brak pomysłów i perypetii. Nie układa się to jednak w przedstawienie, któremu można przyklasnąć. Pierwszym dużym mankamentem jest scenariusz. Przy tej ilości pomysłów można było tak ułożyć splot wydarzeń, by trzymały w napięciu, oddawały komediowość sytuacji, a jednocześnie opowiadały o problemach dnia codziennego w życiu gospodarzy. Niestety, realizatorzy nie skorzystali z takiej możliwości. Nie wszystkie wątki są wykorzystane w dostateczny sposób, nie wszystko się tłumaczy i rozwiązuje. Drugim niedociągnięciem jest praca reżyserska. Z jednej strony mamy do czynienia ze scenami niemiłosiernie długo trwającymi (jak np. scena porannego wstawania i ubierania czy jedzenia śniadania), w których nic ciekawego się nie zdarza, a z drugiej wiele scen niosących możliwość pokazania czegoś interesującego tylko lekko jest zarysowanych i zupełnie nie rozegranych, jak szycie uprzęży czy scena małżeńska po powrocie męża z Marysią. Solidne uporządkowanie tych dwóch elementów (scenariusza i jego realizacji scenicznej) pomogłoby wydobyć walory tego przedstawienia.
Herody mają wiele wariantów, co stwarza możliwości różnorakich inscenizacji. Mogą być samodzielnym i w miarę pełnym przedstawieniem odpowiadającym pierwotnej formie religijnego wodowiska zapoczątkowanego we Francji jeszcze w XI wieku, a potem znacznie zmieniającego się w miarę rozchodzenia się po wsiach i małych miastach. Mogą także być krótkim widowiskiem kolędniczym obnoszonym po domach, jak chodzenie z szopką czy gwiazdą. Zespół Kolędniczy z Górna (woj. podkarpackie, pow. rzeszowski) zaprezentował wariant drugi – chodzenie z widowiskiem herodowym w formie kolędowania i zrealizował je w czasie, w jakim realizowane są „kolędy”, czyli w granicach kilkunastu minut. Ten wariant został wykonany więcej niż poprawnie. Zrezygnowano z konwencji teatru w teatrze, to znaczy grania przed rodziną, która wtedy jest także częścią widowiska. Aktorzy występują bezpośrednio przed widownią, traktując ją jako grupę domowników, do której przyszli. Sprawne wykonanie zaowocowało dobrym przyjęciem przez publiczność. Podkreślić zwłaszcza należy postaci charakterystyczne – diabła, śmierć i Żyda. Są dynamiczne i wyraźnie narysowane, ale nie przerysowane. Grupa króla Heroda odróżnia się powagą i dostojeństwem. Walory spektaklu podnosi uroda plastyczna (kostiumy), dbałość o słowo i dobra strona muzyczna (bas i akordeon). Niemała grupa bardzo młodych wykonawców zasługuje na uznanie.
Zespół „Kaprys” z Woli Uhruskiej (woj. lubelskie, pow. włodawski) pokazał Swatanie. Temat to często podejmowany przez wiejskie teatry, więc o powodzeniu w dużym stopniu decyduje oryginalność ujęcia. No i aktorskie umiejętności wykonawców. Zaczyna się od sceny rodzinnej: izba, dwie kobiety drą pierze, toczy się rozmowa matki z córką. Żywa, nie pozbawiona dowcipu. Potem przychodzą sąsiadki, co daje sposobność do coraz to nowych wątków opowieści. Najważniejsze jednak ma dopiero nastąpić, narasta więc nastrój oczekiwania. Wreszcie pojawia się swat z Jaśkiem. Nie bardzo ten zalotnik atrakcyjny, ale ceremoniał musi się odbyć – a zatem na stół trafia butelka, słonina na zakąskę. Zalotnik stara się przekonać, że jest człekiem bywałym: włącza się do rozmowy, zagaduje, częstuje cukierkami. Nie klei się jednak to swatanie – nie o takim kawalerze rozmyślała Kaśka. Wyraźny zwrot akcji – wódka niedopita, słonina niezjedzona. Swaty zerwane. Miało być swatanie i nic z tego –kwitują matka i kuma. Obrazek poprawnie zrobiony, z ciekawą rolą matki. Gorzej z innymi postaciami – albo bezbarwne, albo przerysowane. W efekcie ze swatania wyszła komedyjka. Ma sporo wdzięku, ale nie ma siły scenicznej poza paroma momentami, więc pozostawia widza obojętnym.
Przednówek Zespołu Obrzędowego z Rudy Solskiej (woj. lubelskie, pow. biłgorajski) to zgrabny obrazek dramatyczny – sprawnie napisany i dobrze zagrany. I jeśli można zgłosić poważniejsze zastrzeżenie, to głównie takie, że w gruncie rzeczy najmniej tu o tytułowym przednówku – w wiejskiej tradycji najtrudniejszym bytowo okresie, w którym brakuje już pożywienia, kiedy zaglądają głów i bieda. Tu wprawdzie nie przelewa się, ale jest ziarno, mówi się o zabiciu wieprzka. Główny wątek stanowią raczej rodzinne niesnaski – gospodyni jest surowa, więc gderliwa i skąpa. Ciągle dochodzi do słownych zwad z mężem i ubogą ciotką przetrzymywaną przez zimę. Fakt, że w gospodarstwie jest żarno, uzasadnia nieustanne odwiedziny sąsiadek, które przychodzą do mielenia – dzięki temu na scenie dużo ruchu, rozgwar rozmów. Jest jeszcze dodatkowy epizod – Cyganki. Przychodzi i kolejnym kobietom oferuje wróżenie, ale w gruncie rzeczy wypatruje co by można ukraść. W końcu korzysta z chwili nieuwagi i woreczek mąki znika pod kolorową chustą, co domownicy zauważają dopiero po dłuższej chwili. I to już jest koniec zdarzeń tego dnia – jeszcze tylko krzepiące „jakoś przetrwamy, nowe już rośnie”, jeszcze jedna wspólna pieśń, sąsiadki rozchodzą się, a zasłonięcie kurtyny zamyka przedstawienie. W sumie – sympatyczne zdarzenie teatralne, szkoda tylko, że zabrakło decyzji co ma być głównym motywem, a więc osią konstrukcyjną sztuki.
„Kusaki”, czyli kuse dni, ostatni dzień karnawału i symboliczne rozpoczynanie chudego postu dają okazję do spontanicznej wesołości i rubaszności, przebierania się za inne postacie, dokonywania różnych psot i kończenia wieczoru huczną zabawą taneczną. Ale inscenizując kusaki trzeba mieć świadomość, że to może trwać tylko do godziny dwunastej i wtedy trzeba wyraźnie zaznaczyć, że rozpoczyna się chudy i spokojny post. W Kusokach, przygotowanych przez Zespół Folklorystyczny „Gotardowie” ze Zwolenia (woj. mazowieckie, pow. zwoleński) ta część pierwsza – podstawowa została zaprezentowana zgodnie z jej istotą i prawdą, choć wybrano tylko niektóre zachowania typowe dla zapustów. Niestety, pominięto wspomniany szczególny moment symbolicznego, gwałtownego przerwania wesołej zabawy, co znacznie pogłębiłoby walory poznawcze i urozmaiciłoby przedstawienie. Warto natomiast zauważyć, że wykorzystano tu takie elementy kasakowego wieczoru, jak smarowanie sadzą domowników, zawieszanie „kloca” na plecach panien, które w karnawale nie wydały się za mąż i rubaszne zachowanie się grupy przebierańców odwiedzających gospodarzy. Trzeba jednak wytknąć reżyserowi, że elementom zabawowym nie nadał dynamiki i wyrazistości. Aktorzy po kilka razy powtarzają te same działania, gospodyni chyba dziesięciokrotnie – za to bez przekonania – zachęca przybyszów, by usiedli. Efekt jest taki, że widowisko staje się coraz bardziej anemiczne, słabnie. A jeśli wykonawcy nie potrafią przekonać, że autentycznie się bawią – także widzowie nie mogą poczuć atmosfery rubasznej wesołości.
Zespół Obrzędowy „Blinowianki” z Gminnego Centrum Kultury w Polichnie (woj. lubelskie, pow. kraśnicki) pokazał widowisko pt. Piórnie. Na scenie widzimy Babcię ubijająca masło i dziewczynę zamiatającą izbę. Schodzą się goście. Będą darli pierze na poduszki i pierzyny. Ta wspólna praca jest też sytuacją towarzyską i okazją do popisów artystycznych. Opowiadane są różne interesujące zdarzenia, a młoda panna namawiana jest do małżeństwa z bogatym, ale pijącym kawalerem. Takie małżeństwo to przecież ucieczka od ciężkiej wiejskiej pracy. Dowiadujemy się też jak właściwie należy drzeć pierze; widowisko ma charakter również dokumentalny. Wartość artystyczną tego wystąpienia tworzą: dobra gra aktorska ze szczególnym podkreśleniem wyrazistych ról Babki i Gospodyni, piękne wspólne śpiewania i porywające granie organkowe. Na koniec aktorzy tańczą z publicznością i jurorami, obdarowując widzów wielką porcją energii i uśmiechu. Do tych pochwał trzeba jednak dodać trochę uwag. Pierwsza – koniecznie dać zadania aktorowi grającemu rolę Gospodarza, bo przez pół spektaklu nie ma co robić, więc udaje, że pali w piecu, robi „skręta”. Druga – uporządkować przestrzeń. Scena została dosłownie zagracona meblami, wszystkie powitania kolejno wchodzących gości są ukryte za stołem, za ławą… Wystarczy, by ktoś z wykonawców usiadł na widowni – zobaczy, że połowy zdarzeń… nie może zobaczyć.
Zespół „Górniacy” z Kolbuszowej Górnej (woj. podkarpackie, pow. kolbuszowski) pokazał Lasowiackie świniobicie, interesujący obraz z życia rodziny wiejskiej: jesteśmy świadkami przygotowań chałupy i członków rodziny do mającego nastąpić nazajutrz świniobicia. Rodzina składa się z rodziców, babki, trojga dzieci i postaci, o której nie do końca wiadomo, czy jest parobkiem, przygarniętą sierotą czy jeszcze jednym dzieckiem, trochę mniej rozwiniętym od pozostałych. Babcia przez całe przedstawienie w zasadzie sprowadzona jest do roli kołyszącej i śpiewającej najmłodszej latorośli. Starsze dzieci przy stole odrabiają lekcje, rodzina rozmawia o wieprzku, który niebawem zakończy żywot zamieniając się w zapasy żywności. Matka podaje kolację, przy której dalej toczą się rozmowy i opowieści, między innymi o przyszłości syna, który ma zamiar na wiosnę przystąpić do nauki rzemiosła murarskiego. Nie podoba się to reszcie rodziny: „Jak to, chłopski syn z pola ucieka?” . Po wieczerzy czas na szykowanie się do wydarzenia czekającego bohaterów nazajutrz. Przy różnych opowieściach, jak ta o masarzu, co w świnię nie trafił, przygotowują koryto do przyrządzania wyrobów wędliniarskich, garnki, zioła, przyprawy, kaszę, czyli wszystko, co przyda się w dniu następnym. Po zmówieniu pacierza – rodzina układa się do snu. Następnego ranka zjawia się masarz z workiem narzędzi. Jesteśmy świadkami przygotowywania kaszanki, następnie kiełbasy, nabijania nimi flaków, gotowania kiszek, zasugerowane jest wędzenie kiełbasy. Już w trakcie roboty pojawia się gorzałka, co wzbudza niepokój gospodyni, ale wszystko kończy się pomyślnie i z tej okazji wszyscy dorośli wychylają kieliszek. Przedstawienie łączy w sobie pokaz tradycyjnego rzemiosła z opowiadaniem o dawnych obyczajach dnia codziennego w chłopskiej społeczności. I z tego powodu jest ciekawe. Jest niezłe aktorsko a zespół potrafi operować konkretem, żeby opowiedzieć sytuację bohaterów. A jednak pozostaje niedosyt. Po pierwsze trudno wytłumaczyć niektóre zachowania bohaterów: dlaczego ojciec nie reaguje, kiedy syn chce babce dać „w dupę”? Dlaczego nie wykorzystano postaci babki inaczej niż do kołysania kolebki? Dlaczego matka, która z taką troską kieruje rodziną, przez dwa dni nie podchodzi ani razu do kołyski? Takich pytań można by postawić więcej. Ponadto nie dość wykorzystano kilka pojawiających się, ciekawych elementów, jak na przykład sceny kładzenia się do jednego łóżka, a następnie rannego wstawania całej rodziny: albo ta scena jest niepotrzebna, albo trzeba by nad nią popracować, żeby wyciągnąć z tej sytuacji, ile się da. Pewien niedosyt zostawia też sama praca masarza. Kiszki i kiełbasa to trochę mało, jak na to, co ze świniaka udaje się zrobić. Proporcjonalnie jest tego za mało w stosunku do całego spektaklu, zwłaszcza pod takim tytułem.
Zespół Obrzędowo-Teatralny „Króliczanie” z Królika Polskiego (woj. podkarpackie, pow. krośnieński) w spektaklu Odpust w parafii podjął ambitną próbę pokazania dzisiejszej obyczajowości. Dokładniej mówiąc: pokazania jak dzisiaj uczestniczymy w tym, co ma długą tradycję i wpisane w nią zachowania. Tematem widowiska jest tytułowy ODPUST, obserwowany jednak nie w jego kształcie publicznego, nieco karnawałowego zdarzenia, ale poprzez zachowania jednostkowe. Rodzina: babka, matka, córka – każda na swój sposób żyje odpustem. Babka nie czuje się jeszcze stara, więc czeka bardziej jak na wielką atrakcję; matka – zaaferowana obiadem, ale jeszcze więcej pretensjami do męża, bardziej myślącego o grajkach niż o mszy; córka – podlotek marzący o prezentach. No i ojciec, który ma dość rodzinki i liczy na prawdziwą zabawę. Swary, spięcia, przymówki. W końcu wszyscy zdołali się wybrać – z dala dobiegają na przemian odgłosy muzyki i nabożeństwa. Wracają kolejno. Córka szczęśliwa, że ma prezenty. Ojciec przyprowadził swego kolegę Józefa a ten zabrał ze sobą Jadzię, do której trochę się zaleca. Kieliszek wódki poprawia humory, skłania do wspólnego śpiewu. Wpada wprawdzie żona Józefa, ale dość szybko przestaje się dąsać na chłopa. Obdarowanie podarkami, muzyka, jednocząca wszystkich maksyma „jak tu dobrze, gdy żyje się w zgodzie”. Zalety przedstawienia? Chyba właśnie kilka udanych scen i owa końcowa atmosfera wzajemnego ciepła. Usterki? – dwie poważne. Wiek aktorki grającej córkę nie licuje z zachowaniami przypisanymi małej dziewczynce. To budzi zażenowanie, bo całość jest realistyczna. Także babcia mogłaby odrobinę uspokoić wykonawczą nadekspresję, postać stałaby się barwniejsza. I drugie – puste miejsca: między dialogami, miedzy scenkami. Aktorzy nie otrzymali wyraźnych zadań i są bezradni. Akcja co chwila jakby się zatrzymywała. Szkoda, bo chyba zabrakło prób i życzliwej krytyki
Wspólnota Gminnego Ośrodka Kultury w Biłgoraju (woj. lubelskie, pow. biłgorajski) przywiozła widowisko pt. Nasze dzienne sprawy. Jest to imponujący wynik współpracy sześciu zespołów z powiatu biłgorajskiego. Już sam fakt, że udało się zbudować spójne, logiczne, sprawnie poprowadzone przedstawienie z udziałem ponad siedemdziesięciu aktorów, rozgrywające się w zasadzie w całej sali i kończące się spotkaniem wszystkich wykonawców na scenie, która – wydawałoby się! – nie ma prawa ich pomieścić, zasługuje na podziw i uznanie. Brawo dla pani Ireny Potockiej, która pokusiła się o podjęcie takiego wyzwania! Ale rozmiar tego przedstawienia i liczba jego wykonawców nie wystarczyłyby, żeby przykuć uwagę widowni przez cały czas spektaklu. Sukces polega na bardzo czystym i konsekwentnym wykonaniu klarownego i prostego w założeniu pomysłu scenariuszowego, a następie zdyscyplinowanym wykonaniu postawionych zadań. A nie jest to rzecz prosta, zwłaszcza przy udziale sześciu różnych zespołów i takiej liczby aktorów. Na czym zasadza się ów pomysł? Otóż, sześć zaangażowanych w dzieło zespołów to sześć pielgrzymek, po kolei przybywających pod kapliczkę Św. Antoniego. Każda z nich nadciąga z głębi sali, jakbyśmy byli świadkami ostatniego odcinka długiej drogi. Nadciągają śpiewając w kierunku znajdującej się na scenie kapliczki, przy której siedzi postać wyglądająca na pogrążoną w czytaniu Biblii lub modlitewnika. Dowiemy się za chwilę, że zwą ją Głupią Jagną, a jej uwaga, a zwłaszcza słuch są w ciągłym napięciu. Nadchodząca pielgrzymka, po dotarciu na miejsce, zajmuje miejsce naprzeciw figurki Świętego, a kilka osób z każdej grupy podchodzi do kapliczki, klęka i modli się do Antoniego, powierzając mu jakąś swoją prośbę z gatunku „naszych dziennych spraw”. Niektóre są poważne, inne wzruszające, ale większość jest śmieszna, czasem głupia, a bywa, że i niegodziwa. Obok próśb o to, by chłop przestał pić czy żeby babcia wyzdrowiała, jest taka, by chłop był przez żonę traktowany jak człowiek albo o pomoc w odnalezieniu schowanych pieniędzy czy wreszcie o to, by oświecić naród, żeby ten proszącego wybrał na jakiś urząd. Przy tych poważnych głupia Jagna zachowuje ciszę – to piękny i wiele mówiący pomysł, przy tych drugich jej język bywa cięty, a komentarze celne.
Urok widowiska polega na tym, że podniosłą atmosferę modlitwy i pieśni przeplatano całą gamą ludzkich trosk, wad oraz mniej czy bardziej ważnych problemów. Przedstawienie nie jest przegadane, ma swój rytm, a widzowie potrafią w scenicznych postaciach rozpoznać siebie, swoich bliskich lub znajomych.
W wykonaniu Zespołu Obrzędowego „Zaborowianki” w Zaborowiu (woj. mazowieckie, pow. szydłowiecki) zobaczyliśmy Muzykę u Maciejowej. W izbie przy kominie siedzi Babcia i narzeka, że zmarzła. Wchodzi Gospodyni. Z mąki ugniata ciasto. Dziewczyny (grane przez starsze panie) wracają z kościoła i biorą się do pracy. Lepią pierogi i pogadują. Potem babcia ubiera choinkę. Jest gwiazda i są łańcuchy. Po izbie niemrawo kręci się Parobek (grany przez kobietę). Wszyscy odmawiają pacierz i dzielą się opłatkiem. Potem śpiewają kolędę „Wśród nocnej ciszy”. Bardzo dobrze gra swoją rolę Gospodyni. Widowisko toczy się wolno i dostojnie. Należałoby przyspieszyć tempo wszystkich działań a i kolęd przydałoby się więcej – przedstawienie na pewno na tym zyska. I druga porada sceniczna – wykonawcy coś do siebie mówią, coś robią… w większości bez wyrazu i dynamiki, jakby na scenie byli prywatnie. To trzeba zmienić, bo aktor musi przekonać widza, że na scenie jest konieczny.
Gdyby szlachetne intencje wystarczyły do osiągnięcia jakości artystycznej, większość sejmikowych spektakli byłaby arcydziełami. Niestety, często realizując ważny czy podniosły temat, zapominamy o wartości scenariusza, o zaplanowaniu przestrzeni, o budowaniu prawdziwych postaci. Zespół „Niecieczanie” z Niecieczy (woj. małopolskie, pow. tarnowski) postanowił pokazać ostatnie fragmenty życia niezwykłej osoby – błogosławionej Karoliny Kosko. Sięgnął po tekst zatytułowany Kwiat polskiej ziemi, napisany w poetyce i stylistyce 19-wiecznych rymopisów. „Wicher dmie dziś taki/skocz no, Haniu po ziemniaki”, „cicho, cicho, cichutko/polska skromna stokrótko”, „odeszło od nas słoneczko złote/o, któż nam będzie zaszczepiał cnotę” – takimi rymowankami wypełniony jest cały scenariusz. Nic dziwnego, ze i postaci – skoro musza mówić takim językiem – muszą być papierowe: każda narysowana tylko jedną kreską. Każda taka sama od początku do końca. Organizacja sceny – potraktowana jak coś mniej ważnego: wielki piec zasłaniający pół izby; malowany na płótnie las, przy tym płachta za wąska i obok drzew stoi domowe łoże. Wykonana została wielka praca aktorska – wszystkie wykonawczynie czysto i starannie mówią, grają z wielkim przejęciem. Nie mogą jednak przebić się przez staroświecki, pozbawiony scenicznej naturalności język. Doraźnym ratunkiem byłoby przejrzenie tekstu i usunięcie najbardziej niefortunnych fragmentów. Także zadbanie o to, by scenografia nie przeszkadzała aktorom, a służyła im. I jeszcze jedno: są miejsca, w których zagranie tego scenariusza nie budziłoby takich zastrzeżeń – miejsca w których najważniejsza jest duchowość, służba sprawie: seminaria duchowne, sale przykościelne. Jeśli jednak chce się występować również na przeglądach teatralnych, trzeba liczyć się z oceną wartości teatralnych, a nie samych intencji.
*
Na dwie sprawy Komisja chce zwrócić uwagę kierowników zespołów. Pierwsza to repertuar. Przeważały inscenizacje świąt dorocznych (zwłaszcza okresu wigilijnego), równie bogato był reprezentowany cykl „gospodarski”, częste były próby tworzenia autorskich scenariuszy, wychodzących od realnych zdarzeń. Ceniąc wszystkie źródła repertuarowe, musimy zwrócić uwagę na konieczność głębszej pracy nad scenariuszami. Przeważnie ich autorzy ograniczają się do zgromadzenia pomysłów sytuacji i zdarzeń. To powinno być początkiem pracy, potem winno nastąpić szukanie pogłębienia sytuacji, charakterów postaci, konfliktów. Bez tego mamy tylko ciąg scenek. Sprawa druga to organizacja przestrzeni. Były widowiska, w których w imponujący sposób organizowano obecność na scenie wielkich grup wykonawców. Niestety, przeważały spektakle chaotyczne, zagracone, w których wszyscy aktorzy stłoczeni są na kilku metrach i w dodatku zasłonięci rekwizytami. To jest granie dla nikogo – bez kontaktu z widzem, bez stworzenia pola bezpieczeństwa dla aktora. Wysoka jest jakość artystyczna wiejskich widowisk – tym bardziej trzeba dbać o każdy ich element, trzeba dopracować każdy szczegół przed oddaniem scenicznego produktu odbiorcom.
Omówiliśmy spektakle – ich dobre (takie przeważały) i gorsze strony, wskazaliśmy dwa główne problemy, przed którymi staje wiele zespołów i ich kierowników. O jednym jeszcze, ważnym elemencie sejmikowego spotkania w Tarnogrodzie z wielką satysfakcją chcemy wspomnieć – o niekłamanym zainteresowaniu władz miasta i gminy imprezą. Nie było spektaklu, na którym zabrakłoby Burmistrza Eugeniusza Stróża bądź jego zastępcy Tomasza Rogali, wiceprzewodniczącej Rady Miasta Grażyny Fido-Księżyckiej, czy przewodniczącego Komisji Kultury Ryszarda Kowala. Wprawdzie przywykliśmy do tego, że władze Tarnogrodu kochają swój sejmik, to przecież możliwość potwierdzenia tego stanu zawsze sprawia nam wielką radość.
Komisja Artystyczna
Tarnogród, 3 lutego 2008 roku
| « poprzednia |
|---|


